Zerwana genealogia

Przyzwyczailiśmy się do narracji historycznej, która wymazuje i delegitymizuje PRL jako część historii Polski i historii ruchu kobiecego. Częścią strategii odcinania się od wstydliwych, lokalnych, socjalistycznych korzeni ruchu kobiecego jest polityka „podłączania” polskiego feminizmu pod genealogię zachodniego, szczególnie amerykańskiego ruchu kobiecego.

Kto był pierwszą pełnomocniczką rządu ds. kobiet? Co wiecie o Annie Kędzierskiej, członkini PZPR, szefowej Ligii Kobiet Polskich, która jako pierwsza objęła to stanowisko w 1986 roku? Jeśli niewiele, to znaczy, że dominujący nurt feminizmu okresu transformacji skutecznie przekonał was o braku ciągłości pomiędzy PRL-em a współczesnym ruchem kobiecym w Polsce. W obowiązującej także dziś opowieści o genealogii polskiego feminizmu PRL przedstawiany jest jako państwo patriarchalne, które wzmocniło tradycyjny kontrakt płci: powszechne jest przekonanie, że kobiety zmuszano do wstępowania do partii i organizacji kobiecych, które traktowały je instrumentalnie i przedmiotowo – działalność kobiet w sferze publicznej nie miała wpływu na rzeczywistą politykę państwa.

Dominująca narracja historyczna nie bierze pod uwagę świadectw działaczek partyjnych i kobiecych sprzed transformacji, ich relacje o przeszłości uważa się za przekłamane, niewiarygodne i niewnoszące nic do debaty na temat tożsamości polskiego feminizmu. Historie tych kobiet są też często nieobecne w opowieści historycznej na temat socjalizmu, a pytania, o to jakie były ich losy i motywacje, dlaczego wstępowały do partii i co w niej robiły, jak daleko mogły zajść w strukturze władzy i co, swoim zdaniem, zrobiły dla kobiet, pozostają bez odpowiedzi.

Od trzech lat szukam tych odpowiedzi, zbierając historie członkiń PZPR i organizacji kobiecych w Polsce przed 1989. Wiele z nich zaczyna rozmowę ze mną z nieufnością i rezerwą, wypierając się swojej przeszłości, zasłaniając się lukami w pamięci lub zmieniając temat (1). Często dopiero po kilku godzinach okazują się doświadczonymi działaczkami partyjnymi i społecznymi, które swoją pracę wspominają z dumą i satysfakcją. Dla części z nich zapisanie się do partii było drogą spełnienia ambicji społecznych, jak w przypadku 79-letniej Janiny, członkini zarządu miejskiego Ligi Kobiet Polskich w małym mieście pod Łodzią. Mówi ona: Ja się po to do partii zapisałam, bo chciałam uczestniczyć w zebraniach, chciałam wiedzieć, co się u nas dzieje, chciałam uczestniczyć w życiu zakładowym, czy miejskim. Chciałam się dowiedzieć, gdzie będą drogę robić, gdzie co, gdzie jak. Byłam ciekawa i chciałam uczestniczyć. Dokonany przez siebie wybór moje rozmówczynie postrzegają jako świadomy, odpowiedzialny i racjonalny. Halina, 84-letnia warszawianka, była członkini PZPR, przewodnicząca organizacji kobiecej i posłanka na Sejm PRL, mówi: Nikt mnie nie zmuszał do udziału w tym. Ja po prostu zachowałam spokój, wtedy byłam tam (…) Ale jeśli się nie chciało, to się nie było. I zaznacza: W okresie, w którym ja żyłam i działałam, wydawało się to wszystko racjonalne, z perspektywy czasu wszystko się zmienia.

Relacji z PZPR byłe działaczki nie widzą jako opartych wyłącznie na podległości i zwierzchności. Podkreślają, że w pracy miały poczucie autonomii i sprawczości, choć partia je „obserwowała”. Dyrektorka Komitetu Gospodarstwa Domowego wspomina: To, jaki będzie program badań, tego nikt mi nie narzucał. Nigdy nikt nie powiedział, że z kimś, z jakąś fabryką albo z jakimś profesorem nie mogę pracować. Ale absolutnie prawdą jest to, że wszystkie te organizacje były pod kuratelą Komitetu Centralnego. I wszystkie te organizacje miały tak zwanego opiekuna, który na posiedzenie zarządu głównego co jakiś czas się zjawiał. Nie spotkałam się z tym ani nie odczułam tego na sobie, żeby był jakiś nakaz, żeby ktoś powiedział, że coś jest nie tak.

Dla wielu kobiet członkostwo w partii stanowiło drogę do stanowiska kierowniczego – w instytucjach politycznych czy zakładach pracy – najczęściej niskiego lub średniego szczebla, na które trafiały z rekomendacji partii lub koleżanek z organizacji. Choć obecność we władzach rzadko przekładała się na podejmowane przez partię kluczowe decyzje polityczne, to zdaniem moich rozmówczyń dawała możliwość wpływu na decyzje dotyczące życia kobiet i polityki społecznej państwa. 90-letnia Wiesława, wieloletnia dyrektorka zakładów włókienniczych w Łodzi, wspomina: Jak ważny był głos kobiet, głos Ligii Kobiet Polskich, to ja Pani powiem. Ja byłam członkiem Rady Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie i jako przedstawicielka Ligii Kobiet ja opiniowałam wszystkie ustawy, projekty ustaw. Dopiero potem one szły do Sejmu. Więc wpływ miałyśmy. Wtóruje jej Halina: Uważało się to za ważne, bo można było ludziom powiedzieć, którzy decydowali o kraju, to, co się chciało, a to, czy oni z tego jakieś dalsze wysnuli działania, to jest inna sprawa, ale można to było przedstawić.

O tym, że w PRL istniała dyskryminacja, mówią jednak nawet te kobiety, które osiągnęły sukces zawodowy i polityczny. Sytuację, w której formalna równość płci współistniała z „podskórnym” seksizmem, opisuje Halina: W moim przypadku słowo dyskryminacja nie wchodzi w grę, bo ja zrobiłam karierę, potem pracowałam w gospodarce, zajmowałam wysokie stanowiska. Natomiast, jeśli chodzi o Pani pytanie [o dyskryminację], to całe życie to odczuwam. Nieustannie, kiedy siedziało 20 mężczyzn i ja jedna, to ja musiałam daleko mądrzej relacjonować problemy, z którymi przyszłam niż oni. Z kolei Maria, 78-latka, pracownica zakładów farbiarskich, opowiada: Ja z zawodu mam męski zawód i wyglądało to tak, że mimo mojej aktywności (w LKP), to co podwyżka jakakolwiek, to mój szef za każdym razem musiał iść w mojej sprawie do dyrektora. Bo dlatego, że byłam kobietą. Nie mógł znieść, że ja to zrobię co mój kolega, i dlatego, że jestem kobietą, to jakżeż to. Mnie aż klucha w gardle stawała, bo mi było głupio. I przykro.

Dyskryminacja, o której mówią moje rozmówczynie, ma te same wymiary co dziś: chodzi o równość na rynku pracy, równy dostęp do stanowisk w sferze publicznej i politycznej, możliwość decydowania o swoim ciele czy pogodzenie ciąży i macierzyństwa z pracą zawodową. Czy więc, ich zdaniem, PRL nie może pochwalić się jakimikolwiek zdobyczami dla kobiet?

Sukcesów i porażek socjalistycznego projektu równości kobiet nie można oceniać jako całości. Nie był on przecież systemem homogenicznym, ani pod względem miejsca, ani czasu. Równość kobiet znaczyła co innego w Związku Radzieckim, a co innego w satelickiej, katolickiej Polsce. Rozmaite były również etapy jej wdrażania: od radykalnych posunięć na rzecz równości kobiet w okresie postrewolucyjnym (między innymi powołanie Departamentu Kobiecego – Żeńodtelu, ustanowienie Aleksandry Kollontai Komisariuszką do Spraw Społecznych, czy upublicznienie niektórych prac domowych), przez regres okresu stalinowskiego (między innymi zamknięcie Żeńodtelu i zakaz aborcji w ZSSR), po nową wizję kobiecości proponowaną w okresie odwilży (która w Polsce wiązała się między innymi z liberalizacją prawa do aborcji), normalizację i okres względnej prosperity lat sześćdziesiątych i początku lat siedemdziesiątych, po kryzys i pierestrojkę w latach osiemdziesiątych. Również w wypowiedziach moich rozmówczyń widać to zróżnicowanie. Wiesława wymienia, że: zaraz po wojnie Liga Kobiet organizowała na dworcach punkty matki i dziecka, gdzie matka po długiej podróży mogła dziecko umyć, przewinąć i nakarmić. Równie ważne były sprawy związane z pracą, kwestie przyuczania do zawodu. Bardzo ważne było kształcenie kobiet, początkowo chodziło przede wszystkim o walkę z analfabetyzmem. Okres powojenny to również czas ogromnych braków w zaopatrzeniu i jednocześnie początek debaty o godzeniu obowiązków domowych z zawodowymi. Wiesława wspomina: Wymuszałyśmy zorganizowanie stołówek zakładowych. To było dobrodziejstwo dla kobiet, bo z zapatrzeniem były kłopoty. Walczyłyśmy też o zakładanie sklepów zakładowych, gdzie kobiety mogły robić zakupy, nie stać w kolejkach. Wprowadzane od lat pięćdziesiątych prowizje dotyczące urlopów macierzyńskich i opieki nad dziećmi miały pozwolić kobietom-matkom godzić pracę zawodową i rodzicielstwo. Członkinie Ligi Kobiet Polskich dumnie wspominają z tego okresu swoje zaangażowanie w walkę o dostępność żłobków i przedszkoli. Wiesława opowiada o promowaniu modelu sieci żłobków w miejscu pracy: Były przedszkola, były żłobki (…) W latach pięćdziesiątych przy zakładach pracy były żłobki. Były trzymiesięczne urlopy macierzyńskie, a po trzech miesiącach kobieta szła do pracy. Ja jestem właśnie taką matką. Ale ja miałam żłobek w zakładzie pracy. Ja miałam to dziecko za dwoma ścianami. I to było dla kobiety bardzo ważne. Z kolei Danuta, 88-letnia prawniczka, łodzianka, przewodnicząca Zarządu Wojewódzkiego Ligi Kobiet Polskich, twierdzi: Myśmy wojowały o to, żeby matka jadąca do pracy na 5.00 rano nie musiała jechać z dzieckiem przez całe miasto, tylko żeby był żłobek na osiedlu, że matka wychodzi z domu, zostawia dziecko i jedzie spokojnie do pracy. Upublicznienie kwestii dotychczas uznawanych za domowe, takich jak macierzyństwo, znacząco wpływało na stosunek do kobiet w miejscu pracy. Halina mówi: Ja jako szef instytucji wiem dokładnie, jak to wyglądało, co moje pracownice mówiły do mnie rodząc kolejne dziecko, za każdym razem ciąża, urlop macierzyński. A jeśli trzeba było zatrudnić kogoś innego na to miejsce, one mówiły: ale przecież ja nie rodzę tego dla siebie tylko dla społeczeństwa. Więc postawy były.

Ambiwalentny stosunek władz socjalistycznych do praw kobiet pokazuje w swojej książce Women, Communism, and Industrialization in Postwar Poland Małgorzata Fidelis. Jej zdaniem okres „odwilży” miał kluczowe znaczenie dla tego, jak kwestie kobiet i ich praw definiowano w latach następnych. Po śmierci Stalina „z jednej strony – pisze Fidelis – przymus w miejscu pracy osłabł. Kobiety mogły wyrażać swoje poglądy bardziej swobodnie. (…) Niektóre kobiety mogły zrezygnować zpracy na cały etat, często w strasznych warunkach, i poświęcić się, jeśli sobie tego życzyły, prowadzeniu gospodarstwa domowego na cały etat. Państwo zliberalizowało również prawo antyaborcyjne, sprawiając, że procedura ta stała się bardziej dostępna” (2). Jednak z drugiej strony reformy wprowadzane podczas odwilży umacniały prekomunistyczną hierarchię płci, między innymi ustanawiając instytucje takie jak Komitet Gospodarstwa Domowego, którego działania nakierowano na zmodernizowanie i usprawnienie wciąż nieodpłatnej pracy kobiet w sferze prywatnej. Organizacja rozmaitych kursów, pokazów i szkoleń z zakresu gospodarstwa domowego to główne aktywności organizacji kobiecych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Barbara opowiada: Było tu pełne wyposażenie. Mówię, był sprzęt. A ja byłam noga, wyszłam z domu, jak miałam 14 lat, więc mama mnie niczego nie nauczyła, wszystkiego się tutaj nauczyłam. A to się wszystko przydało, to się potem się okazało, że człowiek wszystko może, ja spodnie robiłam, dżinsy szyłam, gotowałam.

Po okresie względnej stabilizacji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych działaczki partyjne i aktywistki organizacji kobiecych wspominają lata osiemdziesiąte jako okres szczególnie trudny dla kobiet. W tym czasie członkostwo w partii i/lub Lidze Kobiet Polskich dawało możliwość zdobycia niektórych nieodstępnych na rynku produktów, stanowiło więc przywilej. Elżbieta, działaczka Ligii Kobiet Polskich z województwa zachodniopomorskiego opowiada: Lata osiemdziesiąte to były ciężkie czasy, nie można były nic kupić, wszystko było na kartki i trzeba było stać w kolejkach. Bardzo ciężko się żyło kobietom, a my zawsze coś mogłyśmy dostać. Ponieważ były różne koła; służby zdrowia, w komunikacji, w szkole, to kobiety mogły się wymieniać usługami i dobrami. Jej koleżanka z organizacji dodaje: Niedaleko tutaj stacjonowały wojska radzieckie. Jeździłam tam i przywoziłam z powrotem 30 kilo radzieckich cukierków, kasze, ryż, czasem pościel. Cokolwiek mi dali, od śledzi do kaszy gryczanej. I dzieliłyśmy to pomiędzy naszymi członkiniami.

Mimo trudnych lat osiemdziesiątych dla wielu moich rozmówczyń transformacja nie oznaczała zmiany na lepsze. Przedstawiają ją jako zdecydowaną porażkę, także porażkę kobiet. 79-letnia Ewa, pracownica zakładów włókienniczych, podsumowuje: Transformacja na tym polegała, że to wszystko popadło w ruinę i że zaczęto zwalniać ludzi. Mężczyźni w Zagłębiu dostali wielkie odprawy, a te kobiety, które w zagłębiu włókiennictwa pracowały po 3 zmiany, nic nie otrzymały. Paradoksem historii jest być może to, iż umiejętności zdobyte w ramach socjalistycznego państwa pomogły niektórym kobietom odnaleźć się w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. Zamknięcie zakładu pracy i zbyt niska „wcześniejsza emerytura” spowodowały, że Barbara musiała w wieku emerytalnym jeszcze raz podjąć pracę zarobkową, w której korzysta z umiejętności zdobytych podczas szkoleń w Lidze Kobiet Polskich: Dzisiaj ja w pizzerii pracuję, potrawy robię, więc to się wszystko przydaje. Mój zawód jest inny, ale teraz jak to się okazało, to wszystko owocuje. Bo rozumie Pani, mogę robić, te wszystkie umiejętności mi się przydają, zdobyłam je, że tak powiem, za darmo.

Świadectwa i opowieści osób aktywnych politycznie i społeczne w PRL – choć zróżnicowane i rzadko bezkrytyczne wobec socjalistycznej rzeczywistości – nie są brane pod uwagę jako prawomocne źródła wiedzy o historii i przeszłości. Przyzwyczailiśmy się do narracji historycznej, która wymazuje i delegitymizuje PRL jako część historii Polski i historii ruchu kobiecego. Częścią strategii odcinania się od wstydliwych, lokalnych, socjalistycznych korzeni ruchu kobiecego jest polityka „podłączania” polskiego feminizmu pod genealogię zachodniego, szczególnie amerykańskiego ruchu kobiecego.

W konsekwencji polski feminizm wciąż pozostaje w roli „młodszej”, „zapóźnionej” siostry feminizmu zachodniego, mimo że to na „Wschodzie”, a nie na „Zachodzie” wcześniej spełniono najważniejsze postulaty ruchu kobiecego, takie jak prawo kobiet do przerywania ciąży, masowa praca zarobkowa kobiet, wprowadzanie polityki społecznej umożliwiającej pogodzenie pracy zawodowej z rodzicielstwem.

Myślę, że warto wsłuchać się uważniej w głos kobiet aktywnych politycznie i społecznie w PRL. Może on pomóc zdestabilizować obowiązującą dziś narrację o bierności kobiet w okresie socjalizmu, unaocznić heterogeniczność genealogii polskiego ruchu kobiecego, pozwolić nam odejść od dominującej dziś narracji demonizującej i dyskredytującej PRL, a zamiast tego uczynić go „naszą” historią feminizmu.

(1) Niniejszy tekst powstał na podstawie 70 wywiadów przeprowadzonych w latach 2011-2013 w Polsce i w Gruzji z kobietami aktywnie zaangażowanymi w partie komunistyczne i organizacje kobiece w okresie 1945-1990. W latach 2011-2013 byłam stypendystką Marie Curie Re-Intergration Grant. Badania zrealizowałam dzięki wsparciu Narodowego Centrum Nauki. Artykuł ukazał się w „Bez Dogmatu” nr 98 (IV/2013).

(2) Małgorzata Fidelis, Women, Communism, and Industrialization in Postwar Poland, Cambridge University Press, 2010, s. 170.